środa, 21 czerwca 2017

Imigrant i uchodźca, czyli grochem o ścianę

Czy probowaliście Państwo kiedykolwiek wpisać do wyszukiwarki słowa "imigrant" i "uchodźca"? Z zaskoczeniem odkryłem, jak wiele polskich stron internetowych je definiuje. Nie chodzi o żadne publicystyczne artykuły, tylko po prostu o najzwyklejsze w świecie definicje. Zaskakująca nie jest bynajmniej konieczność rozróżnienia, ale to, do jak niewielu w Polsce ta informacja trafia. 

Erupcja ksenofobii i rasizmu i tempo ich rozprzestrzeniania się w Polsce wywołały godną pochwały reakcję osób i organizacji, które uznały, że ludziom trzeba powiedzieć jak jest, to zrozumieją i staną się lepsi. Nie po raz pierwszy jednak staje się jasne, że ograniczony dostęp do informacji nie stanowi głównej bariery społecznego poznania. I na odwrót: zwiększenie dostępności informacji nie gwarantuje upowszechnienia wiedzy niezbędnej do dokonania właściwego, również w moralnym wymiarze, wyboru.

Jak ludzie nie chcą wiedzieć, to się nie dowiedzą. Ignorancja bywa wyborem ideologicznym. Ignorancja bywa bezczelna i nachalna. Nie traktujmy jej więc jak okoliczności łagodzącej.

niedziela, 5 marca 2017

W tym szaleństwie jest metoda

Psychiczny czy cyniczny? Wariat czy polityczny geniusz? Po ponad dwóch latach od przejęcia władzy przez PiS, ten dylemat pozostaje dla wielu podstawą analizy zdarzeń, których sprawstwo przypisuje się Jarosławowi Kaczyńskiemu. Wystawienie Jacka Saryusz-Wolskiego jako kandydata na przewodniczącego Rady Europejskiej przeciw kandydaturze Tuska to świetna okazja, by wykazać, że nie ma sprzeczności: wariat może działać racjonalnie. Pytanie: z jakim skutkiem.


Donald Tusk i Jacek Saryusz-Wolski na zebraniu EPL, 20.10.2016 © UE 2016
Ci, którzy pukają się w głowę, zwracają uwagę, że Wolski przecież nie ma szans, więc po co? Odwołująca się do najprostszych instynktów odpowiedź jest taka, że na złość Tuskowi. Ci, co skłonni są decyzje polityczne tłumaczyć wymogami retoryki, chcą wierzyć, że taki ruch (wyłącznie na potrzeby polskiej sceny politycznej) pozwala PiS oddalić od siebie zarzut szkodzenia polskiemu kandydatowi. No tak, bo przecież Wolski też jest z Polski.

Inni, polityczni stratedzy, węszą podstęp: Kaczyński oczywiście wie, że Wolski jest bez szans, ale w ten sposób chce go zmusić,  by zrobił coming-out. Polityk o wyjątkowo (nawet jak na polityka) rozbujanym ego, z bardzo jasnym pomysłem na siebie (od zawsze), mimo, że od dawna zasłużony dla pisowskiej wizji Europy (przypominam "pierwiastek albo śmierć"), działa z ukrycia, przyczajony w PO z obawy, by zbyt jawne zbliżenie się do PiS nie spaliło go w Brukseli jako ekstremisty. Chciał być Wolski postrzegany jako człowiek POPiSowego środka, z Gowinem, Ujazdowskim, Szymańskim? Idealny kompromisowy kandydat na komisarza w przyszłości? To mu Kaczyński zrobił coming-out i w ten sposób wzmocnił swoją brukselską ekipę narodową złożoną z Legutki, Krasnodębskiego i Czarneckiego. A że teraz o Wolskim, już kandydacie Kaczyńskiego, się w Europie mówi, to dobrze: wszystko jedno jak o tobie mówią, byle mówili. Przyda się może na później.

Wszystkie te odpowiedzi się jakoś bronią. I wszystkie też można podważyć. Ale mniejsza o odpowiedzi. Najważniejsze pozostaje pytanie: nie po co i nie dlaczego, ale z jakim skutkiem. Wszystko samo się wyjaśni, już niedługo. Najbardziej prawdopodobne są dwie opcje.

Porażka Kaczyńskiego

Pierwsza, to opcja porażki Kaczyńskiego. Na polu międzynarodowym, a zwłaszcza europejskim, działają inne mechanizmy niż na polskim podwórku. W Polsce można sobie poradzić z publicznymi mediami, ze służbą cywilną, z konstytucją i Trybunałem konstytucyjnym, wkrótce może nawet z Sądem Najwyższym (oby nie). Ale jeśli Kaczyński myślał, że w sprawie Tuska wystarczy zrobić kolejny krok na tej samej drodze, to się przeliczy.

Nikt w UE nie potrzebuje go za sojusznika (nawet Orban widzi w nim bardziej alibi niż wspólnika). Nikt, nawet mało entuzjastyczni wobec integracji partnerzy, nie chcą na stanowisku szefa Rady człowieka zależnego od oszołoma i nacjonalisty. Tusk gwarantuje stabilność, tak bardzo dziś porzebną. Nikt nie chce złego precedensu: po co marnować wypracowany w tej sprawie konsensus? A zdecydowane i natychmiastowe poparcie Europejskiej Partii Ludowej dla Tuska to jasny sygnał dla socjaldemokratów: nie dajcie się skusić, bo z tego będzie konflikt.

Porażka Polski i Europy

Druga opcja to zwycięstwo Kaczyńskiego: udaje mu się odsunąć Tuska, osobista zemsta zostaje dopełniona, a test skuteczności wypracowanej w Polsce metody destabilizacji w celu przejęcia kontroli kończy się sukcesem. To scenariusz koszmarny dla Polski i koszmarny dla Europy.  Oznacza pojawienie się kandydata, którego nikt już nie szukał, bo nie było po co, skoro wszystko wydawało jasne. I oczywiście kandydatem tym nie jest Wolski, bo Wolski jest kandydatem na niby, czynnikiem destabilizacji.

Nowy, nieoczekiwany kandydat, byłby prawdopodobnie socjalistą, miałby poparcie znaczącego unijnego państwa (czyli Francji, bo nie Niemiec), pochodziłby z Europy południowej (dla zachowania pozorów, mógłby być ze wschodniej, ale gdzie takiego szukać?). O możliwości takiego scenariusza dowiedzielibyśmy się 9 marca, gdy na posiedzeniu Rady Europejskiej, zamiast wybrać Tuska, unijni przywódcy podjęliby decyzję o konieczności kolejnego, roboczego spotkania. Nie wierzę, by tak się stało. Ale alternatywą wobec kandydatury Tuska nie byłby Wolski: byłby nim ktoś, kogo jeszcze nie znamy.

Pierwsza opcja jest dla Polski zła, bo wzrośnie antyeuropejskie zacietrzewienie Kaczyńskiego i jego akolitów. Tusk pozostaje jednak w tym przypadku personifikacją nadziei unijnych liderów, że może proeuropejski (i prozachodni) kurs i demokratyczne państwo prawa mają jeszcze przed sobą w Polsce przyszłość. Druga opcja jest jeszcze gorsza, bo oznacza, że - po pierwsze - Europa machnęła już na Polskę ręką. A po drugie, że u podstaw nowego etapu integracji europejskiej leżeć będzie krótkowzroczność, klientelizm i - kryjąca się za złudnym przekonaniem o sprytnym wykorzystaniu populizmu i nacjonalizmu - skłonność do układania się z populistami i nacjonalistami.

Za rządów PiS nie ma dla Polski dobrego scenariusza. I na pewno nie ma scenariusza europejskiego.

sobota, 18 lutego 2017

Tygodniowa kronika dokonań władzy w skrócie (13-18 lutego)


13-18 lutego 2017 Rząd postanowił ograniczyć prawo do tabletki "dzień po", ponieważ w odróżnieniu od faszystowskich Niemiec, w Polsce prawo nie jest najważniejsze, ważniejsza jest sprawiedliwość.  

Już wkrótce, z okazji święta narodowego Polski 11 września (rocznica zamachu smoleńskiego) sfinalizowany zostanie zakup dwóch używanych amerykańskich helikopterów. W międzyczasie rząd Polski zwrócił się do NATO o pomoc w sprowadzeniu z Rosji wraku samolotu, który znacznie wzmocni poziom uzbrojenia Wojska Polskiego. Dozbrajanie Obrony Terytorialnej odbywa się bez udziału NATO. 

Na szczycie w Brukseli NATO uznało jednak za swój najpilniejszy sojuszniczy obowiązek współpracę z komisją  Macierewicza w zbadaniu niepokojąco rosnącej liczby wraków pojazdów używanych przez Narodową Służbę Ochrony, i to zanim jeszcze ta Służba powstała.

piątek, 3 lutego 2017

Państwo dobrej zmiany walczy z antyrasistami

Na wezwanie księdza-neofaszysty pisowska władza zleciła śledztwo w sprawie Ośrodka Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych prokuraturze okręgowej w Białymstoku, tej samej, która z zasady uważa rasizm i ksenofobię za nieszkodliwe społecznie. Bez względu na rozwój wypadków, to zdarzenie ma rangę symbolu. PiS przeszedł do nowego etapu działań, nowego etapu swej narodowej rewolucji, i z ostentacją ogłasza: nie cofniemy się przed niczym.

Niedawno neofaszysta w sutannie, tzw. kapelan nacjonalistów, ks. Jacek Międlar wezwał do delegalizacji Ośrodka Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych. Następnie chwalił się na Twitterze pozytywną reakcją władz: odzew prokuratury był natychmiastowy. Ośrodek jest solą w oku pisowskiej władzy, bo nieustannie udowadnia, że w Polsce jest rasizm. Tymczasem władza twierdzi co innego. Monitorowanie rasizmu i ksenofobii nie podoba się naturalnie samym rasistom i ksenofobom (którzy w Polsce dysponują silnymi strukturami, to nie tylko ONR i Falanga) ponieważ wielokrotnie skutkiem monitorowania przez Ośrodek było zablokowanie tworzonych przez nich stron i portali w mediach społecznościowych. A media społecznościowe, zwłaszcza Twitter i Facebook to główne platformy służące popularyzacji nienawiści rasowej i poglądów skrajnych, nie tylko w Polsce. Zachowania rasistowskie i ksenofobiczne pozostają zwykle bezkarne: stwierdza się brak szkodliwości społecznej czynu. Prym wiedzie tu prokuratura okręgowa w Białymstoku, która swastykę uznaje za nieszkodliwy azjatycki symbol szczęścia, a nie nazistowski emblemat.

Polską rządzą ludzie, którzy, jak Macierewicz, skłonni są ksenofobów i religijno-nacjonalistycznych integrystów uznać za „patriotyczną młodzież” i zaprosić do udziału w bojówkach zwanych „obroną terytorialną”; którzy, jak Jaroslaw Kaczyński, uciekających przed wojną ludzi uważa za roznosicieli chorób i zarazków, jeśli mają inny niż biały kolor skóry i wyznają inna niż katolicka religię; jak Mariusz Błaszczak, któremu rasizm wydaje się oczywistą reakcją na „multi-kulti” w Niemczech lub we Francji, natomiast nie ma nic wspólnego z aktami przemocy wobec obcokrajowców w Polsce, gdzie przecież nie ma „multi-kulti” (a tym samym nie może być rasizmu).  Politycy PiS wskazywanie palcem coraz częstszych rasistowskich incydentów uważają za „lewacką” propagandę skierowana przeciw Polsce. Ta władza nie tylko przymyka oczy na rasizm i ksenofobię, ona tym tendencjom wyraźnie sprzyja.

Określenie ideologii i działań PiS-u mianem neofaszystowskich wywołuje w Polsce niejednokrotnie żachnięcie: łatwo usłyszeć słowo „przesadzasz”. A przecież w dziedzinie ustroju, praworządności czy konstytucyjności wpływ idei Carla Schmitta jest bezsprzeczny. Teraz władza, którą firmują Kaczyński, Duda, Szydło, Kuchciński, Macierewicz, zrobiła krok dalej. W państwie „dobrej zmiany” coraz wyraźniej dochodzi do głosu, jako element systemowy, ksenofobia. I rasizm: pobrzmiewający w wypowiedziach publicznych, nie jest jeszcze ideologią oficjalnie głoszoną przez PiS. Ale należy już do nowego kanonu polskiego pluralizmu, tego samego, z którego wykluczone zostały: praworządność, tolerancja, w tym wobec mniejszości, liberalna demokracja, poszanowania praw człowieka, równość kobiet i mężczyzn. Artykuł 2. unijnego traktatu, który definiuje europejskie wartości będące podstawa wspólnoty, przestał w Polsce obowiązywać. Wrogowie społeczeństwa otwartego zakorzeenili się u władzy na dobre.

piątek, 13 stycznia 2017

Bezsilność i arogancja

Prokurator Generalny Zbigniew Ziobro złożył w Trybunale Konstytucyjnym wniosek o stwierdzenie niekonstytucyjności wyboru w 2010 roku trzech sędziów Trybunału. Ta inicjatywa na  pierwszy rzut oka zaskakuje. Po co im to? Przecież PiS osiągnęło, co chciało: nie tylko spacyfikowało Trybunał jako instytucję, zastępując go kontrolowaną przez siebie atrapą, ale de facto pozbawiło państwo wszelkich mechanizmów kontroli konstytucyjności prawa. To zasadnicza zmiana ustrojowa wprowadzona bez demokratycznego mandatu. Jak więc rozumieć działania Ziobry? 

Źródło: Wikimedia Commons/KPRM
Podobno, z politycznego punktu widzenia, chodzi o zamiar ostatecznego rozprawienia się z Trybunałem. Wątpię, by o to chodziło, bo choćby z prawnego punktu widzenia to ruch bez znaczenia. Nie  po raz pierwszy analiza psychologiczna działań tego czy innego lidera PiS wydaje się bardziej zasadna, niż analiza politologiczna. 

W tym przypadku działanie Ziobry wygląda na objaw niedodpartej potrzeby ostentacji. Złożenie wniosku przede wszystkim ukazuje rozpasaną arogancję i poczucie całkowitej bezkarności PiS. Zwycięstwo PiS (chciałbym mieć nadzieję, że pyrrusowe) w sprawie nielegalnie przyjętego budżetu poczucie to jeszcze bardziej wzmocniło. A skolonializowany Trybunał, z niedawnego szańca obropny demokracji, staje się na naszych oczach atrybutem szyderstwa z praworządności i instrumentem presji na przeciwników. Jest jak zdobyczna armata: służy temu, kto zapala lont.

Można z sarkazmem oskarżyć opozycję, że sama prowokuje PiS, bo swoją naiwnością, małostkowością, kunktatorstwem, bezideowością i wynikającą stąd nieskutecznością napędza pisowską arogancję. Ale potępianie w czambuł opozycjnych polityków byłoby niesprawiedliwe. I nie tylko dlatego, że przez prawie miesiąc protejstowali w słusznej sprawie. Najważniejsze jest, że ich bezsilność wynika nie tylko z popełnianych błędów, ona ma w zasadniczej mierze charakter systemowy. Jakie mają środki do dyspozycji?  Po raz kolejny w historii widać jak na dłoni, że w pojedynku autorytaryzmu z demokracją i bezprawia z praworządnością, autorytaryzm i bezprawie są silniejsze. W takich sytuacjach jak obecna niezwykle trudno poradzić sobie z dylematem wiarygodności i skuteczności: czy wolno nam, obrońcom demokracji i praworządności, sięgnąć po instrumenty bezprawia i autorytaryzmu skoro widzimy, że prawo przegrywa z bezprawiem. Jak pozostać wiarygodnym odpowiadając na to pytanie twierdząco? I skąd wziąć takie instrumenty, gdbyśmy się jednak zdecydowali postawić skuteczność ponad pryncypiami? 

Jest coś, co mogłoby przeważyć szalę zwycięstwa na stronę demokratycznej opozycji: masowe poparcie społeczne. Owszem, przed sejmem manifestował KOD, gdy posłowie PO zastanawiali się, czy jest sens dalszej okupacji sali plenarnej. Ale ilu było tych manifestantów? Sam KOD, na dodatek rozdarty niepotrzebnymi wewnętrznymi tarciami, nie wystarczy. Cywilizacyjny podział polskiego społeczeństwa na dwie części został wzmocniony i skrupulatnie wykorzystany przez PiS. Opozycja, choćby najlepsza, potrzebuje silnego społecznego zaplecza, żeby pokazć swoją skuteczność. Tego zaplecza dzisiaj nie ma. Powiedzmy sobie szczerze: za europejską demokracją i praworządnością świadomie opowiada się w Polsce mniejszość. 




czwartek, 12 stycznia 2017

Kosiniak-Kamysz wraca do ZSL

Władysław Kosiniak-Kamysz wezwał "totalną opozycję" do zajęcia się ważnymi sprawami: smogiem, ptasią grypą i edukacją, zamiast koncentrować się na jakims budżecie, skoro opinia publiczna kwestii budżetu nie rozumie.  Przywódca PSL wraca tym samym do zupełnie niedawnej tradycji ruchu ludowego, tej z czasów PRL, gdy jego partia nazywała się ZSL i była "stronnictwem". 

Źródło: Wikimedia Commons (Adrian Grycuk)
Taką postawę można krytykować, ale jego analiza może okazać się zasadna. Skoro opinia publiczna, jego zdaniem, nie wie, na czym polega problem z nielegalnym uchwaleniem budżetu, to zapewne nie zauważy też, gdy jego ugrupowanie zamieni status partii opozycyjnej na status peerelowskiego stronnictwa. W PRL była atrapa opozycji. Stanowiły ją dwa stronnictwa, PSL i SD, przy czym przez stronnictwo należy rozumieć ugrupowanie skupiające stronników partii pełniącej w państwie rolę kierowniczą (wtedy PZPR dziś PiS), którzy do niej nie należą.

Jeżeli Ryszard Petru nie dozna nagłego intelektualnego i poznawczego olśnienia i nie przestanie marzyć o zaczarowaniu Jarosława Kaczyńskiego swoim osobistym urokiem,  jego Nowoczesna uzyska szansę na status drugiego stronnictwa. Platforma Obywatelska, która blokuje salę plenarną z braku pomysłu na inne działanie, długo nie wytrwa: albo ustąpi albo przyjdzie policja i rozpędzi. Zaraz po tym, jak spałowani zostaną manifestanci KOD.

Głosowanie w sprawie budżetu to przełom w konsolidacji fundamentalnej zmiany ustrojowej, którą wprowadza w Polsce Jarosław Kaczyński. "Uporządkowanie" władzy sądowniczej trwa. Trybunał Konstytucyjny stał się atrapą parę tygodni temu. Sejm staje się nią na naszych oczach.  Opozycja albo sama się pacyfikuje albo przyznaje, że nie ma środków działania. Co jeszcze zostało? Następny, końcowy etap, będzie polegał na utrwaleniu rewolucyjnych zmian. Demokracja pisowska jest atrapą demokracji tak jak była nią demokracja socjalistyczna.

sobota, 7 stycznia 2017

Myślenie na skróty: Polska, kraj bez konstytucji?

Na Twitterze znalazłem link do artykułu zatytułowanego "Polska, kraj bez konstytucji" opublikowanego na anglojęzycznym portalu EUobserver ("Poland: A country without a constitution"). Bardzo się zdziwiłem, bo o ile wiem problem Polski nie polega na tym, że kraj nie ma konstytucji, ale że rządzi tu ugrupowanie, które konstytucji nie przestrzega.

Z podobnymi opiniami spotykam się dość często. Tak samo jest na przykład z Trybunałem Konstytucyjnym: nie chodzi o to, że już go nie ma, ale o to, że nie działa zgodnie z Konstytucją. Gdy się żachnę, słyszę, że niepotrzebnie, bo to tylko skrót myślowy. Może i tak. Ale skróty mogą być z sensem lub bez sensu. Ten jest bez sensu, bo pomija rzeczywisty problem. To nie myśl skrócona (jak krócej wyrazić to, co najważniejsze), ale myśl uboga, pozbawiona esencji. Esencją sporu między władzą PiS i jej przeciwnikami jest stosunek do państwa prawa. W państwie prawa każdy obywatel, każdy podmiot, każdy organ władzy, każda instytucja i państwo jako takie podlega prawu i prawa musi przestrzegać. Istnieje hierarchia praw i norm, a na jej szczycie znajduje się norma podstawowa, Grundnorme, jak nazwał ją Austriak Hans Kelsen. W Polsce zwiemy ją ustawą zasadniczą, albo - jak w wielu innych krajach - konstytucją. 

Krajem bez konstytucji w formie ustawy zasadniczej jest Wielka Brytania, nie Polska. Co nie oznacza, że Wielka Brytania nie jest państwem prawa. Jest, bo szanuje się tam brytyjskie prawo. Polska nie jest państwem prawa, bo władza nie przestrzega w Polsce polskiego prawa. Kwestia kontroli konstytucyjności bywa przedmiotem sporu i różnorodnych rozwiązań w różnych krajach. W Polsce, zgodnie z polską konstytucją, kontrolą konstytucyjności zajmuje się Trybunał Konstytucyjny. Ale nie wszędzie instytucja ta się tak nazywa, nie wszędzie ma te same uprawnienia i strukturę. Ba, może jej w ogóle nie być. Polska nie jest państwem prawa nie dlatego, że konstytucja ustanawia Trybunał na takich czy innych zasadach, ale dlatego, że władza konstytucyjne zasady łamie. 

Wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej Frans Timmermans jest znienawidzony przez polskich wrogów demokracji liberalnej i praworządności dlatego, że upomina się o przestrzeganie w Polsce polskiego prawa. PiS odniósł duży sukces propagandowy informując, że w Holandii, państwie z którego pochodzi Frans Timmermans, nie ma Trybunału Konstytucyjnego, więc wara holenderskiemu hipokrycie od polskiego Trybunału. 

Oczywista bzdura. Po pierwsze, Timmermans nie krytykuje bezprawia w Polsce jako przedstawiciel Holandii tylko w imieniu Komisji Europejskiej; a Komisja ma obowiązek bronić praworządności w państwach Unii Europejskiej, bo tylko praworządne państwa do Unii mogą należeć. Po drugie, to, że w Holandii nie ma Trybunału Konstytucyjnego nie oznacza, że nie ma tam hierarchii praw i kontroli konstytucyjności. Holandia pozostaje państwem prawa, bo przestrzega holenderskiego prawa. Od polskiego rządu nikt nie wymaga przestrzegania prawa holenderskiego albo brytyjskiego, tylko polskiego. Polska jest republiką parlamentarną, Holandia i Wielka Brytania to monarchie parlamentarne. Oczywiście, że są różnice w strukturze i w nazewnictwie. Ale nie w tym rzecz, rzecz w przestrzeganiu prawa i poszanowaniu hierachii praw, bo bez tego nie ma państwa prawa.


To, że tak wielu osobom trudno to w Polsce zrozumieć, również w szeregach przeciwników PiS, wynika z ignorancji obywatelskiej. Widać nie uczą tego w szkole: czym jest demokracja, czym się różni przedstawicielska od bezpośredniej, czym jest państwo prawa. Stąd tendencja do uprzedmiotowienia koncepcji i personalizacji sporów. Gazetowa retoryka w rodzaju "w Polsce nie ma (już) konstytucji" albo "nie ma już Trybunału Konstytucyjnego" tendencje te utrwalają. Ze szkodą dla, i tak kiepskiego, poziomu zrozumienia podstaw demokracji wśród Polaków. Dlatego sam sobie i wszystkim wokoło piszących o sytuacji w Polsce uprzejmie sugeruję: skoro już zniewoleni błędnym przekonaniem, że czym krócej tym lepiej skracać musimy, skracajmy zdania, ale  nie myśli, bo może się zdarzyć, że skrócimy je o głowę. Fakt, że chodzi o tytuł, niczego nie usprawiedliwia, przeciwnie: coraz mniej ludzi cokolwiek poza tytułami czytuje.